Kiedy pierwszy raz czytałam Małą księżniczkę, autorka tej książki kojarzyła mi się bardziej z Tajemniczym ogrodem, bo dość długo była to jedna książka tej autorki, którą poznałam.
Kiedy po raz pierwszy czytałam Małą księżniczkę, mogłam mieć jakieś 7-9 lat. Dostałam tę książkę z jakiejś okazji – może pod choinkę, a może na urodziny. Powieść bardzo mi się spodobała i wracałam do niej wielokrotnie co jakiś czas. Do dziś mam ją na półce z ulubionymi książkami.
Sara Crewe do 7. roku życia wychowywała się w Indiach. Miała tylko ojca. Jako że matka była Francuską, dziewczynka świetnie znała ten język jeszcze zanim zaczęła regularną naukę. Ojciec postanowił umieścić ją na pensji dla panienek założonej i prowadzonej przez pannę Minchin i jej siostrę w Londynie. Z racji tego, że pan Crewe był świetnie sytuowany i spełniał wszystkie zachcianki córki, panna Minchin robi z Sary uczennicę pokazową. Licząc na długotrwały dobry zarobek, oddaje dziewczynce najlepszy pokój na pensji i zawsze prowadzi ją w pierwszej parze, kiedy uczennice wychodzą poza teren szkoły. Udaje przy tym, że lubi Sarę, co od początku nie jest prawdą. Widać to choćby przy nieporozumieniu, które wynikło na lekcji języka francuskiego, gdy panna Minchin była pewna, że dziewczynka nie zna tego języka. Sara zdobywa wśród uczennic przyjaciółki, ale dotychczasowa najlepsza uczennica jest do niej wrogo nastawiona.
Po 4 latach na pensję dociera smutna wieść: pan Crewe zmarł po tym jak dowiedział się o swoim rzekomym bankructwie. Panna Minchin pokazuje wtedy względem Sary swoją prawdziwą twarz. Z miejsca przenosi ją z w pięknego apartamentu do obskurnego pokoju na poddaszu i oczekuje od niej wdzięczności za to, że daje jej dach nad głową w zamian za pracę często zbyt ciężką jak na 11-letnie dziecko. Od teraz sąsiadką i jedyną „legalną” przyjaciółką Sary jest Rózia (vel w innym wydaniu książki Becky) – uczennice nie mogą mieć ze służącymi kontaktu. Sara jest nadal dziewczynką, ale musi pracować tak ciężko jak dorosła osoba i robi wszystko: myje podłogi, sprząta pokoje, wygarnia popiół z kominków i rozpala w nich ogień, chodzi na zakupy nawet podczas najgorszej pogody, szoruje przypalone garnki i jest popychadłem, z którego drwią Lavinia (najpopularniejsza uczennica przed przybyciem Sary) i jej koleżanki, o samej pannie Minchin nie wspominając. Dodatkowo Sara jest karana za każde najmniejsze czy wręcz wyimaginowane uchybienie – najczęściej nie dostaje jeść, czasem nawet przez 2-3 dni pod rząd, a nawet jeśli, to są to najgorsze ochłapy. Na co dzień nosi złachane sukienki i znoszone buty.
Po pewnym czasie szczęście się do Sary uśmiecha – odnajduje ją przyjaciel jej ojca, który szukał dziewczynki niemal od momentu śmierci pana Crewe. Okazuje się, że majątek zmarłego wcale nie przepadł, a Sara wciąż może dysponować sporymi środkami finansowymi.
Co dzisiaj, jako dorosła osoba mogę powiedzieć o tej książce?
Jako dziecku i nastolatce książka bardzo mi się podobała i podchodziłam do niej bezkrytycznie. Kibicowałam za każdym razem Sarze biedaczce, którą za wszelką cenę starała się godnie przetrwać trudne chwile.
Pamiętajmy, że książka została napisana w 1905 roku, czyli już niemal 120 lat temu. Dzieci w Anglii, a i pewnie w wielu innych europejskich krajach nie miały tylu praw, co dzisiaj. Owszem, dla sierot i porzuconych młodocianych obywateli istniały sierocińce, ale dawały chyba tylko dach nad głową, cienką strawę i niskiej klasy ubiór. Ile osieroconych i porzuconych dzieci tułało się na porządku dziennym po ulicach? Można przypuszczać, że dość sporo. Małoletni często musieli pracować zarobkowo, aby wspomóc swoją rodzinę, czy wręcz po to, aby sami mieli co włożyć do ust. W takich warunkach bardzo prawdopodobne było, że osierocone dziecko mogło nie zostać zgłoszone odpowiednim władzom czy czemuś w rodzaju dzisiejszej opieki społecznej i nie zostać umieszczone w stosownej placówce opiekuńczej. Jeśli było wiadomo, że nikt się o dziecko nie upomni, mogło być wyzyskiwane do granic możliwości za grosze lub tylko dach nad głową i skromną strawę. I właśnie taki los spotyka Sarę, która dodatkowo jest ofiarą znęcania się psychicznego zarówno ze strony panny Minchin jak i najpopularniejszych panien z jej pensji. Czasem te negatywne zjawiska wydają się aż przesadnie wyolbrzymione. Tak jakby dziecko musiało „odpokutować” za dotychczasowe wygodny, choć zawsze miało dobry charakter i było czułe na niedolę innych osób. I wreszcie: ile dzieci w wieku 11-13 lat jest w stanie wytrzymać takie traktowanie przez taki czas bez najmniejszej oznaki agresji skierowanej przeciwko ciemiężycielom lub bez zamiaru ucieczki, szukania pomocy lub totalnego załamania? Niewiele, choć i dzisiaj wiele dzieciaków cierpi w milczeniu w patologicznych rodzinach, bo nie znają innego życia.
Ekranizacje Małej księżniczki
Na przestrzeni tych 120 lat od momentu publikacji książki, powstało kilka jej ekranizacji, w tym serial rysunkowy.
Źródło: Wikipedia
Widziałam ekranizacje z 1939 i 1995 roku oraz japoński serial animowany (anime) i żadna z tych ekranizacji nie była wierną adaptacją powieści. Film z Shirley Temple zakłamał nawet wiek głównej bohaterki oraz jej wygląd. Shirley była „cudownym dzieckiem” ówczesnego wielkiego ekranu i wiele ról było dopasowanych „pod nią”. Jednak niestety nie pasowała mi ona w ogóle do tej roli (mimika, sposób grania) itd. Ojciec Sary rzekomo ginie tu podczas wojny, po czym okazuje się, że żyje, tylko stracił pamięć.
Nieco w podobnym tonie nakręcono film z 1995 roku (ojciec faktycznie nie umiera, tylko cierpi na amnezję).
Dlaczego – pytam – w obu tych ekranizacjach tak zmieniono zakończenie? W obydwu tych filmach, a zwłaszcza w tym z 1995 roku, końcówka jest przesadnie przesycona dramatem dziecka, którego ojciec nie może go sobie przez kilka strasznych chwil przypomnieć.
A co z rysunkowym japońskim serialem i jego filmową wersją?
Cóż, w serialu(można go zobaczyć na CDA) wierność książkowemu pierwowzorowi jest dużo większa, ale cierpienie Sary zostało tu zwiększone względem książkowego pierwowzoru. Nienawiść panny Minchin do tej konkretnej dziewczynki jest tu widoczna na każdym kroku. Zostały też dodane wydarzenia, których w książce nie było, a które podkreślają beznadziejną sytuację Sary, gdy jest zdana na łaskę i niełaskę okrutnej właścicielki pensji – dochodzi nawet do krótkotrwałego, ale jednak wygnania Sary z pensji.
Mimo wszystko serial ten uważam za najbardziej udaną ekranizację powieści i powiem szczerze, że lubię do niego wracać.

No comments:
Post a Comment