Sunday, September 7, 2025

Wszędzie cię widzę - Lisa Gardner

 


416 str.
Albatros, seria: Frankie Elkin (tom 3.)

Nareszcie, po trzech miesiącach od przeczytania drugiego tomu serii o Frankie Elkin, dorwałam w bibliotece tom trzeci.

Tym razem Frankie ma dosyć nietypową klientkę - jest to kobieta skazana na karę śmierci za zabicie (przynajmniej) 18 osób - głównie mężczyzn. Kalyee Pierson nigdy nie negowała swojej winy i zaakceptowała wyrok. Sama nazwała się potworem. Przez swoją adwokatkę skontaktowała się z Frankie, aby ta odnalazła jej dużo młodsza siostrę. Kalyee wychowywała się z nią w trudnej rodzinie. Matka pochodziła z Hawajów i byłą osobą cichą i uległą. Ojciec znęcał się nad rodziną. Pewnego dnia matka wysłała córki do rodziny na Hawajach. Kalyee związała się ze starszym od siebie mężczyzną i przeprowadziła się do niego wraz z siostrą. W tym związku panowały jednak dziwne zasady i relacje. Po pobiciu przez partnera Kalyee trafia do szpitala; po wyjściu stara się odnaleźć młodszą siostrę, jednak bez rezultatu. Wtedy wraca do domu rodzinnego.
Dzięki adwokatce i środkom z niewiadomego pochodzenia, Frankie zostaje z dnia na dzień wysłana na Hawaje, a stąd do pracy  na odległej wyspie, należącej do człowieka, z którym jej klientka związała się przed laty, a który wg niej przetrzymuje jej siostrę.

Summa summarum Frankie zostaje wmanewrowana  w dość grubą akcję. Okazuje się, że nie wszystko wygląda tak, jak czasem ludzie opowiadają.  Czy osoba mająca na sumieniu 18 lub więcej osób może w ogóle mówić prawdę, czy jednak kombinuje celem osiągnięcia jakiegoś celu? 
Książka doskonale pokazuje, że pozory często mylą, a co z tego może wyniknąć?  Przeczytajcie książkę :-)

Książkę czytało mi się łatwo i szybko. Poniekąd dlatego, że przez te trzy tomy zżyłam się na swój sposób  z główną bohaterką. tutaj, pomimo jej doświadczeń z poszukiwaniem ludzi, Frankie zostaje jednak rzucona na głęboką wodę i ma naprawdę mało czasu na rozeznanie się w sytuacji. Akcja wartka, sporo zwrotów i nowych informacji, dzięki czemu czytelnik jest ciekawy, co będzie dalej.

Wednesday, August 28, 2024

Osobliwy dom pani Peregrine – Ransom Riggs – 3 pierwsze książki z serii

 400 str., 

Media Rodzina

Kilka lat temu, gdy szukałam czegoś do czytania w pobliskiej bibliotece, natknęłam się na Miasto cieni autorstwa Rannsowa Riggsa. Tytuł mnie zaciekawił. Z tyłu,  na okładce przeczytałam, że to kolejna część serii, której pierwszym tomem jest Osobliwy dom pani Peregrine. Sięgnęłam więc w 1. kolejności po ten tytuł.

Dziadek 16-letniego Jakuba ginie w tajemniczych okolicznościach. Chłopak jest świadkiem ostatnich chwil życia dziadka, z którym był bardzo związany. Starszy człowiek ostatkiem sił przekazuje wnukowi dziwną informację. Jako że wcześniej też mówił dość dziwne rzeczy, Jakub bierze ostatnie słowa krewnego na poważnie. Zgodnie ze wskazówkami, udaje się z ojcem na pewną wyspę, na której znajduje się tajemnicza pętla czasu. Mieszka w niej pani Peregrine opiekująca się dziećmi, z których każde posiada jakąś niezwykłą umiejętność / cechę. Sama pani Peregrine umie zmieniać się w ptaka. Wspomniana pętla czasu polega na tym, że jej nietypowi mieszkańcy codziennie budzą się tego samego kalendarzowo dnia podczas II wojny światowej. Doba kończy się dla nich w momencie, gdy na ich dom spada bomba zrzucana przez samolot wieczorem. Pani Peregrine zatrzymuje w odpowiednim momencie czas i cofa go do tej samej godziny dobę wcześniej. Potem wszyscy idą spać i budzą się rano itd.

Jakub nie do końca rozumie, po co dziadek kazał mu znaleźć to miejsce. Chłopak uważa się za całkiem zwykłego człowieka, bez nadprzyrodzonych i dziwnych cech lub umiejętności. Nie do końca rozumiał też, w jaki sposób związany z tym miejscem był dziadek. Wraz z biegiem czasu okazuje się, że Jakub odziedziczył po dziadku pewną umiejętność,  dzięki której może ratować dzieci z pętli przed pewnym niebezpieczeństwem. 

Pierwszy tom serii przeczytałam ze sporym zainteresowaniem i zajęło mi to stosunkowo mało czasu. Potem sięgnęłam po dwie kolejne części serii (wszystkich jest sześć), bo tyle było i wciąż tyle jest w najbliższej bibliotece. Ale szczerze powiem – mnie to wystarczy. Przez 2. część, tj. Miasto cieni przebrnęłam z pewnym zmęczeniem. Czytało się ją o wiele gorzej, niż pierwszą. Nieco lepiej wypadł 3. tom pt. Biblioteka dusz. Oczywiście głównymi bohaterami cały czas są Jakub oraz podopieczni pani Pelegrine.

Mam wrażenie – choć oczywiście mogę się mylić, bo nie zgłębiałam tematu – że autor miał dopracowane pomysły jedynie na pierwszą część, choć w zakończeniu i tak pozostawił sobie otwarte drzwi do potencjalnej kontynuacji. Ciekawe pomysły, wartka akcja, fajne przejścia od jednego wydarzenia do drugiego – to wg mnie zalety Osobliwego domu… Muszę powiedzieć, że pomysł z pętlami czasu, w których mieszkają dzieci niezwykłe pod różnymi względami, bardzo mi się spodobał. Natomiast w 2 kolejnych tomach było więcej „przestojów” między kolejnymi wydarzeniami, jakby autor nawet w trakcie pisania nie za bardzo miał pomysł, jaki będzie kolejny krok (wrażenie subiektywne, dotyczy głównie 2. tomu!) i to  mnie zniechęciło po sięgnięcie po tomy 4-6.

Jeśli lubisz fantastykę z dreszczykiem, tematykę związaną z czasem, niezwykłości rzadko spotykane w naszej rzeczywistości, Osobliwy dom pani Peregrine (1. tom serii) powinien ci się spodobać.

Monday, July 1, 2024

Mała księżniczka – Frances Hodgson Burnett - książka oraz ekranizacje

 Kiedy pierwszy raz czytałam Małą księżniczkę, autorka tej książki kojarzyła mi się bardziej z Tajemniczym ogrodem, bo dość długo była to jedna książka tej autorki, którą poznałam. 

Kiedy po raz pierwszy czytałam Małą księżniczkę, mogłam mieć jakieś 7-9 lat. Dostałam tę książkę z jakiejś okazji – może pod choinkę, a może na urodziny. Powieść bardzo mi się spodobała i wracałam do niej wielokrotnie co jakiś czas. Do dziś mam ją na półce z ulubionymi książkami.

Sara Crewe  do 7. roku życia wychowywała się w Indiach. Miała tylko ojca. Jako że matka była Francuską, dziewczynka świetnie znała ten język jeszcze zanim zaczęła regularną naukę. Ojciec postanowił umieścić ją na pensji dla panienek założonej i prowadzonej przez pannę Minchin i jej siostrę w Londynie. Z racji tego, że pan Crewe był świetnie sytuowany i spełniał wszystkie zachcianki córki, panna Minchin robi z Sary uczennicę pokazową. Licząc na długotrwały dobry zarobek, oddaje dziewczynce najlepszy pokój na pensji i zawsze prowadzi ją w pierwszej parze, kiedy uczennice wychodzą poza teren szkoły. Udaje przy tym, że lubi Sarę, co od początku nie jest prawdą. Widać to choćby przy nieporozumieniu, które wynikło na lekcji języka francuskiego, gdy panna Minchin była pewna, że dziewczynka nie zna tego języka. Sara zdobywa wśród uczennic przyjaciółki, ale dotychczasowa najlepsza uczennica jest do niej wrogo nastawiona.

Po 4 latach na pensję dociera smutna wieść: pan Crewe zmarł po tym jak dowiedział się o swoim rzekomym bankructwie. Panna Minchin pokazuje wtedy względem Sary swoją prawdziwą twarz. Z miejsca przenosi ją z w pięknego apartamentu do obskurnego pokoju na poddaszu i oczekuje od niej wdzięczności za to, że daje jej dach nad głową w zamian za pracę często zbyt ciężką jak na 11-letnie dziecko. Od teraz sąsiadką  i jedyną  „legalną” przyjaciółką Sary jest Rózia (vel w innym wydaniu książki Becky) – uczennice nie mogą mieć ze służącymi kontaktu. Sara jest nadal dziewczynką, ale musi pracować tak ciężko jak dorosła osoba i robi wszystko: myje podłogi, sprząta pokoje, wygarnia popiół z kominków i rozpala w nich ogień, chodzi na zakupy nawet podczas najgorszej pogody, szoruje przypalone garnki i jest popychadłem, z którego drwią Lavinia (najpopularniejsza uczennica przed przybyciem Sary) i jej koleżanki, o samej pannie Minchin nie wspominając. Dodatkowo Sara jest karana za każde najmniejsze czy wręcz wyimaginowane uchybienie – najczęściej nie dostaje jeść, czasem nawet przez 2-3 dni pod rząd, a nawet jeśli, to są to najgorsze ochłapy. Na co dzień nosi złachane sukienki i znoszone buty.

Po pewnym czasie szczęście się do Sary uśmiecha – odnajduje ją przyjaciel jej ojca, który szukał dziewczynki niemal od momentu śmierci pana Crewe. Okazuje się, że majątek zmarłego wcale nie przepadł, a Sara wciąż może dysponować sporymi środkami finansowymi.

Co dzisiaj, jako dorosła osoba mogę powiedzieć o tej książce?

Jako dziecku i nastolatce książka bardzo mi się podobała i podchodziłam do niej bezkrytycznie. Kibicowałam za każdym razem Sarze biedaczce, którą za wszelką cenę starała się godnie przetrwać trudne chwile.

Pamiętajmy, że książka została napisana w 1905 roku, czyli już niemal 120 lat temu. Dzieci w Anglii, a i pewnie w wielu innych europejskich krajach nie miały tylu praw, co dzisiaj. Owszem, dla sierot i porzuconych młodocianych obywateli istniały sierocińce, ale dawały chyba tylko dach nad głową, cienką strawę i niskiej klasy ubiór. Ile osieroconych i porzuconych dzieci tułało się na porządku dziennym po ulicach? Można przypuszczać, że dość sporo. Małoletni często musieli pracować zarobkowo, aby wspomóc swoją rodzinę, czy wręcz po to, aby sami mieli co włożyć do ust. W takich warunkach bardzo prawdopodobne było, że osierocone dziecko mogło nie zostać zgłoszone odpowiednim władzom czy czemuś w rodzaju dzisiejszej opieki społecznej i nie zostać umieszczone w stosownej placówce opiekuńczej. Jeśli było wiadomo, że nikt się o dziecko nie upomni, mogło być wyzyskiwane do granic możliwości za grosze lub tylko dach nad głową i skromną strawę. I właśnie taki los spotyka Sarę, która dodatkowo jest ofiarą znęcania się psychicznego zarówno ze strony panny Minchin jak i najpopularniejszych panien z jej pensji. Czasem te negatywne zjawiska wydają się aż przesadnie wyolbrzymione. Tak jakby dziecko musiało „odpokutować” za dotychczasowe wygodny, choć zawsze miało dobry charakter i było czułe na niedolę innych osób. I wreszcie: ile dzieci w wieku 11-13 lat jest w stanie wytrzymać takie traktowanie przez taki czas bez najmniejszej oznaki agresji skierowanej przeciwko ciemiężycielom lub bez zamiaru ucieczki, szukania pomocy lub totalnego załamania? Niewiele, choć i dzisiaj wiele dzieciaków cierpi w milczeniu w patologicznych rodzinach, bo nie znają innego życia.

 

Ekranizacje Małej księżniczki

Na przestrzeni tych 120 lat od momentu publikacji książki, powstało kilka jej ekranizacji, w tym serial rysunkowy.


Źródło: Wikipedia

Widziałam ekranizacje z 1939 i 1995 roku oraz japoński serial animowany (anime) i żadna z tych ekranizacji nie była wierną adaptacją powieści. Film z Shirley Temple zakłamał nawet wiek głównej bohaterki oraz jej wygląd. Shirley była „cudownym dzieckiem” ówczesnego wielkiego ekranu i wiele ról było dopasowanych „pod nią”. Jednak niestety nie pasowała mi ona w ogóle do tej roli (mimika, sposób grania) itd. Ojciec Sary rzekomo ginie tu podczas wojny, po czym okazuje się, że żyje, tylko stracił pamięć.

Nieco w podobnym tonie nakręcono film z 1995 roku (ojciec faktycznie nie umiera, tylko cierpi na amnezję).

Dlaczego – pytam – w obu tych ekranizacjach tak zmieniono zakończenie? W obydwu tych filmach, a zwłaszcza w tym z 1995 roku, końcówka jest przesadnie przesycona dramatem dziecka, którego ojciec nie może go sobie przez kilka strasznych chwil przypomnieć.

A co z rysunkowym japońskim serialem i jego filmową wersją?

Cóż, w serialu(można go zobaczyć na CDA) wierność książkowemu pierwowzorowi jest dużo większa, ale cierpienie Sary zostało tu zwiększone względem książkowego pierwowzoru. Nienawiść panny Minchin do tej konkretnej dziewczynki jest tu widoczna na każdym kroku. Zostały też dodane wydarzenia, których w książce nie było, a które podkreślają beznadziejną sytuację Sary, gdy jest zdana na łaskę i niełaskę okrutnej właścicielki pensji – dochodzi nawet do krótkotrwałego, ale jednak wygnania Sary z pensji. 

Mimo wszystko serial ten uważam za najbardziej udaną ekranizację powieści i powiem szczerze, że lubię do niego wracać.

 

Friday, April 26, 2024

Babcia na jabłoni – Mira Lobe

 162 str.

Wydawnictwo: Dwie Siostry, seria: Mistrzowie Ilustracji

Powieść tę przeczytałam po raz pierwszy ponad ćwierć wieku temu i wciąż lubię do niej wracać.

Rodzina to nie tylko rodzice i ich pociechy, ale i dziadkowie. Wiele dzieci ich już nie ma, a inni czasem mają dziadków zarówno od strony mamy jak i taty.

Andi chodzi już do szkoły, ma rodziców oraz starsze rodzeństwo: siostrę i brata. Na co dzień wszyscy są jednak bardzo zajęci i nie mają dla chłopca zbyt wiele czasu, więc  zaczyna mu się marzyć babcia. Niestety, jako jedyne dziecko mieszkające przy tej ulicy, żadnej już nie ma. Tak mijają dni.

Pewnego razu mama pokazuje najmłodszej pociesze zdjęcie dziwnie ubranej pani i mówi mu, że to jego babcia ubrana na bal, która już od dawna nie żyje. Tego dnia, kiedy Andi wchodzi na jabłoń stojącą przed domem, nagle obok niego na gałęzi pojawia się babcia ze zdjęcia i zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Babcia zabiera wnuka do wesołego miasteczka, na step, aby łapać dzikie konie oraz w rejs statkiem do Indii, aby zapolować na tygrysy. Chłopiec nie przejmuje się tym, że nikt mu nie wierzy, kiedy opowiada o tych przygodach.

Pewnego dnia do sąsiedniego domu sprowadza się starsza pani, która powoli zaczyna zastępować chłopcu babcię. Nie jest w stanie zapewnić mu tak widowiskowych przygód, jak babcia ze starej fotografii, ale jest prawdziwa i wnosi w życie chłopca to, czego aktualnie potrzebuje – swoją pełną uwagę i sporo czasu na rozmowę.

Babcia na jabłoni to sympatyczna, pełna uroku,  niezbyt długa powieść. Porusza ona takie problemy jak dziecko potrzebujące więcej uwagi i ciepła, niż zapewnia mu ciągle zajęta własnymi sprawami rodzina.  Druga sprawa to wyobraźnia, która pozwala chłopcu przetrwać przez jakiś czas samotnie spędzane godziny. Okazuje się też, że nawet obca osoba może zostać przybranym członkiem czyjejś rodziny i dzięki temu sama też przestaje się czuć samotna.

Książkę jak najbardziej polecam nie tylko młodemu czytelnikowi, ale i do wspólnego, rodzinnego czytania.

Saturday, February 17, 2024

Dzieci z Bullerbyn kontra Emil – dlaczego nigdy nie mogłam doczytać do końca tych pierwszych?

 Ze wszystkich książek Astrid Lindgren, najbardziej lubię Ronję, córkę zbójnika i Braci Lwie Serce. Zaraz za nimi plasuje się na mojej liście Mio, mój Mio. Tytuły znane, jednak to Dzieci z Bullerbyn wydają się być najbardziej rozpowszechnionym i popularnym tytułem tej autorki wśród polskich czytelników. Powiem szczerze, że trudno mi to zrozumieć…

Zawsze lubiłam czytać. Zanim dotarłam do  Dzieci z Bullerbyn jako lektury szkolnej, przeczytałam już sporo innych książek i te dość grube nie stanowiły dla mnie problemu. Aż do Dzieci… Dwa lata temu miała to za lekturę moja córka. Jako że cierpi na afazję rozwojową, co rzutuje niekorzystnie na czytanie dłuższych tekstów, do czytania zasiadłyśmy razem. Niestety, okazało się, że tak jak książka ta znudziła mnie w wieku szkolnym, tak znudziła mnie totalnie także po 40. Moją córkę też, a do tej pory chętnie słuchała, jak się jej czytało. W międzyczasie nigdy nie mogłam się zmusić, aby po Dzieci… sięgnąć i spróbować przeczytać, mimo że miałam ją przez całe lata pod ręką, gdy mieszkałam jeszcze w domu rodzinnym.

Wypadałoby zapytać, dlaczego tak się stało skoro, gdzie nie spojrzę w sieci, tam widać peany pochwalne na temat tego tytułu. Można więc przeczytać m.in., że:

Nie mam ulubionego autora; z równą przyjemnością czytuję horrory, co fantasy, komedie, dokumenty, (auto)biografie czy obyczaje lub dramaty… Wracam też chętnie do literatury powstałej z myślą o dzieciach i nastolatkach. O co więc chodzi z Dziećmi z Bullerbyn, że były i wciąż są one dla mnie po prostu niestrawne?

Astrid Lingren ma w swoim dorobku jeszcze jedną, nieco podobną tematycznie i „czasowo” książkę – jest to Emil ze Smalandii. I tu z czytaniem problemu nigdy nie miałam, wręcz przeciwnie – wracam do tego tytułu co jakiś czas, przynajmniej do pojedynczych opowiadań (pamiętajmy, że piszę tu o książkach, nie o ekranizacjach).

Zarówno w Dzieciach… jak i Emilu... bohaterami są dzieci do 10. roku życia (i młodsze), rzecz dzieje się na wsi, a jednak jednej książki nie udało mi się nigdy doczytać do końca (mój rekord: połowa), a druga stoi na półce z książkami, do których wracam przynajmniej raz na jakiś czas?

Mamy więc wspomniane podobieństwa między tymi książkami:

  •  temat (codzienne życie na terenach wiejskich / czasem z wizytą w małym miasteczku),
  • miejsce akcji – wieś,
  • bohaterowie pierwszoplanowi – dzieci.

różnice?

  • Dzieciach z Bullerbyn narratorką jest jedna z głównych bohaterek, Lisa (na początku książki ma 7 lat). W Emilu… osobą opowiadającą jest z kolei mama Emila, która spisuje w zeszytach wybryki swojego pierworodnego synka. Mamy więc narrację dziecięcą (pisaną jednak przez dorosłą autorkę – Astrid Lindgren) contra narrację dorosłej osoby. Być może tu tkwi pierwszy z „moich” problemów z czytaniem Dzieci… Jeśli ktoś kiedyś czytał pierwsze próby „pisarskie” swoich lub czyichś małoletnich pociech, wie o czym mówię – sama pisywałam opowiadania (określenie na wyrost) w zeszytach zanim jeszcze skończyłam 10 lat. Dziś chowam te zeszyty „głęboko na dnie kufra” i nie śmiem nikogo tym maltretować.  Nawet  obiektywnie niezłemu opowiadaniu stworzonemu przez dziecko zazwyczaj wiele brakuje jakościowo do przynajmniej przeciętnego stylu. Nic dziwnego – to ćwiczenie czyni mistrza i trudno wymagać, aby każdy „młodociany” twórca od razu stworzył coś, do czego trudno się przyczepić pod jakimkolwiek względem. W Dzieciach autorka stara się pisać jak dziewczynka, co na dłuższą metę (mamy do czynienia jednak z dość grubą książką) może być, a czasem wręcz jest męczące w odbiorze (np. częste powtórzenia, infantylność – nie mylić ze stylem przyjaznym dla młodego czytelnika!). W Emilu osobą opowiadającą jest mama, która jest już dorosłą kobietą. Jako osoba wychowana i mieszkająca na wsi stosuje prosty styl wypowiedzi, ale wg mniej o wiele bardziej przyjazny czytaniu dłuższych tekstów, niż styl 7-latki i to stworzony przez dorosłą autorkę.
  • Dzieci z Bullerbyn to codzienność opisywana bez wyboru między rzeczami mniej i bardziej ciekawymi. Owszem, dla dzieci z małej wioski, w której stoją tylko trzy domy, nawet wyprawa do sklepiku mieszczącego się w innej wsi to wydarzenie, ale dla czytelnika niekoniecznie. Codzienność bohaterów książki o dzieciach z Bullerbyn to zwykłe, szare obwiązki domowe oraz wspólnie spędzane godziny, gdy są pozostawione same sobie (rodzice pracują). Wiemy, że dzieci próbują jakoś organizować wolny czas, co bywa fascynujące, jeśli bierze się w czymś takim udział, ale niekoniecznie, gdy się o tym czyta. Opis takiego dnia, gdy bawi się w chowanego czy organizuje wycieczkę po okolicy jest dobry na wypracowanie szkolne, a niekoniecznie jako jeden z wielu podobnych do siebie pod względem tematyki i miejsca akcji rozdziałów książki. Przy 4. lub 5. takim rozdziale zarówno w wieku dziecięcym, jak i dorosłym brało mnie zniecierpliwienie i znudzenie. Z kolei w Emilu mama chłopca opowiada tylko o niektórych dniach z życia. Część z nich to wyjątkowe dni nie tylko przez wzgląd na to, co „wywinął” Emil, ale i dla całego domostwa i najbliższych sąsiadów (niedzielna kawa), czy nawet nieco rozleglejszej okolicy (targ i wyprzedaż dobytku w sąsiedniej miejscowości). Tu można śmiało powiedzieć, że „kreatywność” Emila sprawiała, że dany dzień był ciekawy nie tylko przez wzgląd na główne wydarzenie (np. wspomniana już niedzielna kawa), ale i na dodatkowe „atrakcje” zapewnione przez chłopca (trudno przejść ot tak obok małej dziewczynki – siostry Emila – wciągniętej przez niego na maszt, bo ta chciała zobaczyć z wysoka okolicę). Z drugiej strony niektóre wydarzenia miały tu miejsce jedynie z powodu tego, że dziecko nie zawsze jest w stanie przewidzieć konsekwencje konkretnego działania, a rodzic nie zawsze ma dodatkowy ułamek sekundy na zareagowanie na czas (Emil wkłada głowę do wazy, aby wypić ostatni łyk zupy zamiast poprosić, żeby mu ktoś tę resztkę nalał na talerz lub łyżkę). Wszelkie te szelmostwa głównego bohatera nie czynią jednak z niego rozmyślnego łobuza. Chłopiec ma dobre serce i często chce po prostu pomóc- np. Linie (pomoc domowa), którą pewnego razu bardzo boli ząb, a dziewczyna boi się iść i go wyrwać (w czasach, o których mówi książka, ludzie na wsi chodzili z takim problemem do kowala). Zaryzykuję też stwierdzenie, że przynajmniej część z opisanych w Emilu… można zastosować jako przestrogę dla własnych dzieci i jako temat do rozmowy np. o tym, że czasem niektóre pomysły bywają niebezpieczne w realizacji.
 

Być może mój problem z czytaniem Dzieci z Bullerbyn można podsumować w takich słowach:

  • za dużo i za długo jak na tę tematykę (życie na wsi, walory miejsca zamieszkania, garstka dzieci skazana przeważnie jedynie na swoje towarzystwo, bo żyją obok siebie)
  • niezręczny styl imitujący pisemną wypowiedź dziecka, w tym zbyt liczne powtórzenia określające np., że wszystko jest wesołe czy przyjemne; wydarzenia są opisywane powolnie i w sposób, który ani rusz nie powoduje u mnie zaciekawienia, co będzie dalej
  • przesadna idealizacja życia na zapadłej wiosce, zwłaszcza z punktu widzenia dzieci. Zdaję sobie sprawę, że bohaterami są dzieci do 10.-11. roku życia i młodsze. Mają one bardziej niewinne postrzeganie świata niż dorośli, a nawet niż 13-15-latkowie. Jednak jeśli ktoś wyrósł z takiego infantylnego postrzegania otoczenia, nie muszą mu się podobać opis wsi i  życia na niej widzianych oczami dziecka, które zachwyca się tym, co zna, ale nie ma przy tym porównania z niczym zdecydowanie innym, choćby z miastem, czy okolicą o odmiennych walorach widokowych (góry, sporo jezior, wybrzeże morskie). Mnie taki przesadnie dziecięcy opis codzienności, która bądź co bądź nie grzeszy jakimś specjalnym urozmaiceniem znudził już w wieku 10 lat, czyli kiedy byłam zaledwie 3 lata starsza od narratorki. Być może  już wtedy książka była dla mnie  zbyt długa jak na tak infantylny sposób opisywania codzienności. Zdaję sobie jednak sprawę, że rówieśnik Lisy najpewniej w ogóle nie miałby szans na samodzielne  przeczytanie książki z racji tego, że dzieci w tym wieku najczęściej dopiero uczą się czytać lub zaczynają dopiero szlifować tę umiejętność. Być może, gdyby to było 5 opowiadań na różne tematy (np. zabawy i ogólnie czas wolny, szkoła, Boże Narodzenie, obowiązki dzieci, czas z rodziną, w tym z Dziadkiem), sprawa wyglądałaby inaczej. Albo jeśli za moich szkolnych czasów lektura ta byłaby podzielona np. na kilka razy po dwa rozdziały i to w pewnych odstępach, miałabym inną wizję Dzieci z Bullerbyn.

Myślę, że mało jest czytelników, którzy nigdy nie wrócili do żadnej książki już przeczytanej. Większość ma jednak pewne ulubione tytuły, do których lubi zajrzeć co jakiś czas (ja należę do tej grupy). Wiem też, że o gustach się nie dyskutuje. Uważam więc za zbędny dłuższy komentarz o sympatii, czy wręcz częstym „uwielbieniu” dla Dzieci z Bullerbyn, o których czytam w wielu miejscach w Internecie, choć bardzo mnie one dziwią.

Powyżej napisałam do jakich wniosków doszłam w temaciedlaczego „nie trawię” Dzieci z Bullerbyn. Wyrosłam już z twierdzenia, że czegoś nie lubię lub coś mi się nie podoba, „bo nie”. Zawsze staram się znaleźć przyczyny takiego stanu rzeczy. Nawet samo „bo mnie to nudzi” po prostu mi nie wystarcza – stawiam wtedy pytanie: dlaczego coś jest dla mnie nudne?

W przypadku Dzieci z Bullerbyn moja niechęć do książki to stan permanentny; nie pomogły ani upływ czasu i dorośnięcie, ani setki, a może i tysiące innych książek przeczytanych pomiędzy próbami przebrnięcia przez tę lekturę. Choć może właśnie dorośnięcie i kolejne różnorodne  lektury podziałały w moim przypadku jeszcze bardziej na niekorzyść Dzieci z Bullerbyn.

 

Thursday, February 8, 2024

Selpublishiing – co daje autorom, a co czytelnikom?

 Selfpublishing nie jest wcale nowym zjawiskiem. Dziś mamy do niego naprawdę łatwy dostęp ze względu na liczbę wydawnictw / drukarni, które nam to zapewniają. „Wystarczy” dysponować odpowiednią kwotą i napisać książkę.

Przeszłość kojarzy nam się pod względem literatury z dopracowanymi tekstami, niezależnie od tego, czy mowa o  prozie, poezji, czy sztuce teatralnej. Jak już wkradł się jakiś błąd jak np. literówka, brak znaku przestankowego itp., był to raczej błąd składu, a nie taki pochodzący i w ciemno skopiowany z rękopisu. I były to naprawdę rzadkie przypadki, nawet w tak grubych tomach jak każda z części Trylogii Sienkiewicza. Książki przechodziły bowiem stosowną korektę celem poprawienia błędów, które mógł zrobić pisarz w trakcie pisania (ortografia, stylistyka, itd.).

Powiedzmy sobie szczerze – lubiąc czytać, wcale nie mamy obowiązku sięgać po każdą książkę i się nią zachwycać. Mamy prawo „nie trawić” przynajmniej niektórych pisarzy zaliczanych do polskich czy światowych klasyków albo unikać poezji czy dramatów. Jednak trzeba przyznać, że autorzy ci mieli:

  •  przemyślane to, co chcieli stworzyć
  • określony temat
  • językowe umiejętności, aby przekazać to, co było w ich zamyśle.

Kierunek studiów „epik  / poeta / dramatopisarz”?

Nie istnieje kierunek studiów przygotowujący do pisania konkretnego rodzaju czy gatunku literackiego, po ukończeniu którego absolwent staje się dyplomowanym epikiem, poetą czy dramatopisarzem. Najbliżej czegoś takiego są chyba filologie ze specjalnością literaturoznawstwo. Aczkolwiek nie ma raczej kierunku, na zakończenie którego trzeba (w charakterze pracy dyplomowej) napisać powieść, tomik wierszy czy dramat teatralny na konkretną liczbę stron czy znaków, spełniający konkretne kryteria, aby dawało to prawo do zostania dyplomowanym pisarzem. Fakt jednak że pewne humanistyczne kierunki kładą nacisk na poprawność ortograficzną, interpunkcyjną, stylistyczną czy znajomość środków stylistycznych – wiedza ta przynajmniej w teorii bywa sprawdzana na zaliczenie w ramach konkretnego przedmiotu.

Wcale jednal nie trzeba kończyć np. polonistyki, aby z powodzeniem pisać całkiem niezłe utwory literackie! O tym, czym parali się w życiu zawodowym niektórzy znani pisarze można przeczytać chociażby TUTAJ. Co to oznacza? Że do pisania potrzeba pewnej dozy talentu, określonych pomysłów co do poruszanej tematyki, znajomości liter i składania ich w wyrazy oraz pewnej umiejętności poprawnego wyrażania się w formie pisemnej. W poezji przyda się też wiedza nt. wykorzystywania pewnych środków stylistycznych jak metafora, porównanie, oksymorony, ożywienie itp. oraz zasad tworzenia konkretnych odmian wierszy jak np. limeryk czy sonet (liczba wersów, zasada pojawiania się rymów itd.). Napisanie książki może wymagać także zrobienia dobrego researchu w konkretnej dziedzinie. Przykładowo: jeśli część akcji ma się toczyć na jakiejś zagranicznej uczelni, warto rozeznać się, jakie panują na niej zasady, czy studentów obowiązują mundurki, jakie przedmioty są wykładane na konkretnym kierunku i – ewentualnie – czy ukończył ją ktoś powszechnie znany.

Dobrą książkę można napisać i po podstawówce

Żeby napisać i wydać książkę, nie trzeba skończyć wyższych studiów humanistycznych. Wystarczy:

  •  choć przeciętnie posługiwać się językiem w wypowiedziach pisanych i mieć świadomość, że nawet rodzimego języka człowiek uczy się całe życie
  • umieć nabrać dystansu do tego, co się napisało i po, powiedzmy, tygodniu wrócić do swojego dzieła, żeby spojrzeć na nie krytycznym wzrokiem podczas czytania; dobrze wtedy podejść do tego, co się napisało jak do utworu zupełnie innej osoby
  • czytać! Uwierzcie, to bardzo istotne, jeśli samemu chce się tworzyć i robić to coraz lepiej.

Selfpublishing – dobre rozwiązanie dla piszących, ale czy dla potencjalnych odbiorców ich książek też?

Dziś trudno znaleźć wydawnictwo, które weźmie na siebie ryzyko wydania książki osoby jeszcze totalnie nieznanej na rynku wydawniczym. Problemy mogą mieć szczególnie debiutanci, którzy nawet nigdy nie wzięli udziału w żadnym konkursie literackim, z mniejszym lub większym powodzeniem (zajęcie I, II lub III miejsca albo wyróżnienie).

Jeśli mimo wszystko komuś bardzo zależy na wydaniu książki, trzeba się  liczyć z kosztami. Przykładowe zestawienie kosztów związanych z selpublishingiem można znaleźć chociażby tutaj. Niestety – wydatki te mogą być poza zasięgiem wielu osób, choć istnieją sposoby na spełnienie marzeń, jak choćby założenie zrzutki. Tak czy owak, często zdarza się, że autor rezygnuje np. z fachowej korekty, aby nieco zaoszczędzić. Co gorsza, przed oddaniem do druku nie daje swojego działa do przeczytania nikomu, nawet dobremu znajomemu, który – jako potencjalny odbiorca – może wskazać słabe strony całości. Osoba taka niekoniecznie musi umieć wskazać sposoby poprawy wskazanych niedociągnięć. Np. mogą to być za długie zdania, niewłaściwe użyte przypadki, zgubiony w akapicie sens itp.

Niestety, nie każdy autor korzystający z selfpublishingu zadba o jakość tego, co chce wydać. Są i tacy, którzy uważają, że mają coś do powiedzenia światu i to wystarczy. I tu powstaje problem albo nawet dwa:

  • nie wszystko, co ktoś uważa za wystarczająco wartościowe, aby nie tylko o tym powiedzieć, ale i to spisać, jest tego warte, a przynajmniej nie w całości. Co więcej, wiele rzeczy zostało już odkrytych, powiedzianych głośno i dawno poszło w świat. Czy jest sens to powielać z nadzieją, że ludzie będą to czytać i jeszcze się nad tym rozpływać?
  • treść trzeba ująć umiejętnie w formę tak, aby wszystko było zrozumiałe dla odbiorców, których nie zmęczy i nie zrazi sposób przekazu pełen błędów i niedociągnięć.

Niestety, nie każdy kto napisze utwór rymowany lub biały, stworzy tym samym wiersz. Pisanie poezji jest wymagającym zajęciem i nie z każdą próbą trzeba koniecznie „wychodzić do ludzi” i w dodatku za to płacić. W dobie Internetu, można dzielić się swoimi próbkami pisarskimi na blogach czy portalach dla osób próbujących pisać.

Fakt wydania książki nie robi z autora pisarza czy poety, nie dzisiaj. Nie te czasy. Dlaczego? Bo – niestety – to, że stać kogoś na selfpublishing, nie oznacza, że wyda tym sposobem wartościową pod jakimkolwiek względem książkę.

Osoba, która wydała coś własnym sumptem może powiedzieć, że czytelnicy krytykujący jego dzieło po prostu jej zazdroszczą. Ale co jeśli nieprzychylne recenzje zaczynają się powtarzać i to z różnych stron? Zmowa?

Co więc selfpublishing nam daje?

Czas spróbować odpowiedzieć na pytanie z tytułu wpisu.

Selfublishing daje autorom szansę zaistnienia na rynku wydawniczym – trzeba to tylko umiejętnie wykorzystać, bo o ile papier jest cierpliwy, to czytelnicy niekoniecznie. Pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz.

A co z czytelnikami? Cóż, czytelnicy chyba zawsze podejmują pewne ryzyko sięgając po książkę autora, którego nie znają (jako autora, nie człowieka). Dziś niestety drukiem w normalnym trybie wychodzą także książki pod względem literackim mało wartościowe (przykład: przynajmniej części tytułów, które pojawiły się najpierw na Waattpadzie). Sama modna tematyka to nie wszystko, bo książka to nie tylko treść, to także sposób jej przekazania.