Saturday, February 17, 2024

Dzieci z Bullerbyn kontra Emil – dlaczego nigdy nie mogłam doczytać do końca tych pierwszych?

 Ze wszystkich książek Astrid Lindgren, najbardziej lubię Ronję, córkę zbójnika i Braci Lwie Serce. Zaraz za nimi plasuje się na mojej liście Mio, mój Mio. Tytuły znane, jednak to Dzieci z Bullerbyn wydają się być najbardziej rozpowszechnionym i popularnym tytułem tej autorki wśród polskich czytelników. Powiem szczerze, że trudno mi to zrozumieć…

Zawsze lubiłam czytać. Zanim dotarłam do  Dzieci z Bullerbyn jako lektury szkolnej, przeczytałam już sporo innych książek i te dość grube nie stanowiły dla mnie problemu. Aż do Dzieci… Dwa lata temu miała to za lekturę moja córka. Jako że cierpi na afazję rozwojową, co rzutuje niekorzystnie na czytanie dłuższych tekstów, do czytania zasiadłyśmy razem. Niestety, okazało się, że tak jak książka ta znudziła mnie w wieku szkolnym, tak znudziła mnie totalnie także po 40. Moją córkę też, a do tej pory chętnie słuchała, jak się jej czytało. W międzyczasie nigdy nie mogłam się zmusić, aby po Dzieci… sięgnąć i spróbować przeczytać, mimo że miałam ją przez całe lata pod ręką, gdy mieszkałam jeszcze w domu rodzinnym.

Wypadałoby zapytać, dlaczego tak się stało skoro, gdzie nie spojrzę w sieci, tam widać peany pochwalne na temat tego tytułu. Można więc przeczytać m.in., że:

Nie mam ulubionego autora; z równą przyjemnością czytuję horrory, co fantasy, komedie, dokumenty, (auto)biografie czy obyczaje lub dramaty… Wracam też chętnie do literatury powstałej z myślą o dzieciach i nastolatkach. O co więc chodzi z Dziećmi z Bullerbyn, że były i wciąż są one dla mnie po prostu niestrawne?

Astrid Lingren ma w swoim dorobku jeszcze jedną, nieco podobną tematycznie i „czasowo” książkę – jest to Emil ze Smalandii. I tu z czytaniem problemu nigdy nie miałam, wręcz przeciwnie – wracam do tego tytułu co jakiś czas, przynajmniej do pojedynczych opowiadań (pamiętajmy, że piszę tu o książkach, nie o ekranizacjach).

Zarówno w Dzieciach… jak i Emilu... bohaterami są dzieci do 10. roku życia (i młodsze), rzecz dzieje się na wsi, a jednak jednej książki nie udało mi się nigdy doczytać do końca (mój rekord: połowa), a druga stoi na półce z książkami, do których wracam przynajmniej raz na jakiś czas?

Mamy więc wspomniane podobieństwa między tymi książkami:

  •  temat (codzienne życie na terenach wiejskich / czasem z wizytą w małym miasteczku),
  • miejsce akcji – wieś,
  • bohaterowie pierwszoplanowi – dzieci.

różnice?

  • Dzieciach z Bullerbyn narratorką jest jedna z głównych bohaterek, Lisa (na początku książki ma 7 lat). W Emilu… osobą opowiadającą jest z kolei mama Emila, która spisuje w zeszytach wybryki swojego pierworodnego synka. Mamy więc narrację dziecięcą (pisaną jednak przez dorosłą autorkę – Astrid Lindgren) contra narrację dorosłej osoby. Być może tu tkwi pierwszy z „moich” problemów z czytaniem Dzieci… Jeśli ktoś kiedyś czytał pierwsze próby „pisarskie” swoich lub czyichś małoletnich pociech, wie o czym mówię – sama pisywałam opowiadania (określenie na wyrost) w zeszytach zanim jeszcze skończyłam 10 lat. Dziś chowam te zeszyty „głęboko na dnie kufra” i nie śmiem nikogo tym maltretować.  Nawet  obiektywnie niezłemu opowiadaniu stworzonemu przez dziecko zazwyczaj wiele brakuje jakościowo do przynajmniej przeciętnego stylu. Nic dziwnego – to ćwiczenie czyni mistrza i trudno wymagać, aby każdy „młodociany” twórca od razu stworzył coś, do czego trudno się przyczepić pod jakimkolwiek względem. W Dzieciach autorka stara się pisać jak dziewczynka, co na dłuższą metę (mamy do czynienia jednak z dość grubą książką) może być, a czasem wręcz jest męczące w odbiorze (np. częste powtórzenia, infantylność – nie mylić ze stylem przyjaznym dla młodego czytelnika!). W Emilu osobą opowiadającą jest mama, która jest już dorosłą kobietą. Jako osoba wychowana i mieszkająca na wsi stosuje prosty styl wypowiedzi, ale wg mniej o wiele bardziej przyjazny czytaniu dłuższych tekstów, niż styl 7-latki i to stworzony przez dorosłą autorkę.
  • Dzieci z Bullerbyn to codzienność opisywana bez wyboru między rzeczami mniej i bardziej ciekawymi. Owszem, dla dzieci z małej wioski, w której stoją tylko trzy domy, nawet wyprawa do sklepiku mieszczącego się w innej wsi to wydarzenie, ale dla czytelnika niekoniecznie. Codzienność bohaterów książki o dzieciach z Bullerbyn to zwykłe, szare obwiązki domowe oraz wspólnie spędzane godziny, gdy są pozostawione same sobie (rodzice pracują). Wiemy, że dzieci próbują jakoś organizować wolny czas, co bywa fascynujące, jeśli bierze się w czymś takim udział, ale niekoniecznie, gdy się o tym czyta. Opis takiego dnia, gdy bawi się w chowanego czy organizuje wycieczkę po okolicy jest dobry na wypracowanie szkolne, a niekoniecznie jako jeden z wielu podobnych do siebie pod względem tematyki i miejsca akcji rozdziałów książki. Przy 4. lub 5. takim rozdziale zarówno w wieku dziecięcym, jak i dorosłym brało mnie zniecierpliwienie i znudzenie. Z kolei w Emilu mama chłopca opowiada tylko o niektórych dniach z życia. Część z nich to wyjątkowe dni nie tylko przez wzgląd na to, co „wywinął” Emil, ale i dla całego domostwa i najbliższych sąsiadów (niedzielna kawa), czy nawet nieco rozleglejszej okolicy (targ i wyprzedaż dobytku w sąsiedniej miejscowości). Tu można śmiało powiedzieć, że „kreatywność” Emila sprawiała, że dany dzień był ciekawy nie tylko przez wzgląd na główne wydarzenie (np. wspomniana już niedzielna kawa), ale i na dodatkowe „atrakcje” zapewnione przez chłopca (trudno przejść ot tak obok małej dziewczynki – siostry Emila – wciągniętej przez niego na maszt, bo ta chciała zobaczyć z wysoka okolicę). Z drugiej strony niektóre wydarzenia miały tu miejsce jedynie z powodu tego, że dziecko nie zawsze jest w stanie przewidzieć konsekwencje konkretnego działania, a rodzic nie zawsze ma dodatkowy ułamek sekundy na zareagowanie na czas (Emil wkłada głowę do wazy, aby wypić ostatni łyk zupy zamiast poprosić, żeby mu ktoś tę resztkę nalał na talerz lub łyżkę). Wszelkie te szelmostwa głównego bohatera nie czynią jednak z niego rozmyślnego łobuza. Chłopiec ma dobre serce i często chce po prostu pomóc- np. Linie (pomoc domowa), którą pewnego razu bardzo boli ząb, a dziewczyna boi się iść i go wyrwać (w czasach, o których mówi książka, ludzie na wsi chodzili z takim problemem do kowala). Zaryzykuję też stwierdzenie, że przynajmniej część z opisanych w Emilu… można zastosować jako przestrogę dla własnych dzieci i jako temat do rozmowy np. o tym, że czasem niektóre pomysły bywają niebezpieczne w realizacji.
 

Być może mój problem z czytaniem Dzieci z Bullerbyn można podsumować w takich słowach:

  • za dużo i za długo jak na tę tematykę (życie na wsi, walory miejsca zamieszkania, garstka dzieci skazana przeważnie jedynie na swoje towarzystwo, bo żyją obok siebie)
  • niezręczny styl imitujący pisemną wypowiedź dziecka, w tym zbyt liczne powtórzenia określające np., że wszystko jest wesołe czy przyjemne; wydarzenia są opisywane powolnie i w sposób, który ani rusz nie powoduje u mnie zaciekawienia, co będzie dalej
  • przesadna idealizacja życia na zapadłej wiosce, zwłaszcza z punktu widzenia dzieci. Zdaję sobie sprawę, że bohaterami są dzieci do 10.-11. roku życia i młodsze. Mają one bardziej niewinne postrzeganie świata niż dorośli, a nawet niż 13-15-latkowie. Jednak jeśli ktoś wyrósł z takiego infantylnego postrzegania otoczenia, nie muszą mu się podobać opis wsi i  życia na niej widzianych oczami dziecka, które zachwyca się tym, co zna, ale nie ma przy tym porównania z niczym zdecydowanie innym, choćby z miastem, czy okolicą o odmiennych walorach widokowych (góry, sporo jezior, wybrzeże morskie). Mnie taki przesadnie dziecięcy opis codzienności, która bądź co bądź nie grzeszy jakimś specjalnym urozmaiceniem znudził już w wieku 10 lat, czyli kiedy byłam zaledwie 3 lata starsza od narratorki. Być może  już wtedy książka była dla mnie  zbyt długa jak na tak infantylny sposób opisywania codzienności. Zdaję sobie jednak sprawę, że rówieśnik Lisy najpewniej w ogóle nie miałby szans na samodzielne  przeczytanie książki z racji tego, że dzieci w tym wieku najczęściej dopiero uczą się czytać lub zaczynają dopiero szlifować tę umiejętność. Być może, gdyby to było 5 opowiadań na różne tematy (np. zabawy i ogólnie czas wolny, szkoła, Boże Narodzenie, obowiązki dzieci, czas z rodziną, w tym z Dziadkiem), sprawa wyglądałaby inaczej. Albo jeśli za moich szkolnych czasów lektura ta byłaby podzielona np. na kilka razy po dwa rozdziały i to w pewnych odstępach, miałabym inną wizję Dzieci z Bullerbyn.

Myślę, że mało jest czytelników, którzy nigdy nie wrócili do żadnej książki już przeczytanej. Większość ma jednak pewne ulubione tytuły, do których lubi zajrzeć co jakiś czas (ja należę do tej grupy). Wiem też, że o gustach się nie dyskutuje. Uważam więc za zbędny dłuższy komentarz o sympatii, czy wręcz częstym „uwielbieniu” dla Dzieci z Bullerbyn, o których czytam w wielu miejscach w Internecie, choć bardzo mnie one dziwią.

Powyżej napisałam do jakich wniosków doszłam w temaciedlaczego „nie trawię” Dzieci z Bullerbyn. Wyrosłam już z twierdzenia, że czegoś nie lubię lub coś mi się nie podoba, „bo nie”. Zawsze staram się znaleźć przyczyny takiego stanu rzeczy. Nawet samo „bo mnie to nudzi” po prostu mi nie wystarcza – stawiam wtedy pytanie: dlaczego coś jest dla mnie nudne?

W przypadku Dzieci z Bullerbyn moja niechęć do książki to stan permanentny; nie pomogły ani upływ czasu i dorośnięcie, ani setki, a może i tysiące innych książek przeczytanych pomiędzy próbami przebrnięcia przez tę lekturę. Choć może właśnie dorośnięcie i kolejne różnorodne  lektury podziałały w moim przypadku jeszcze bardziej na niekorzyść Dzieci z Bullerbyn.

 

No comments:

Post a Comment